| 02 September 2010
Ponownie przeglądam zdjęcia zrobione w czasie tegorocznego rejsu w Grecji.
Cały czas towarzyszy mi pytanie zadane już na pierwszej z odwiedzanych przez nas wysp - Milos:
Która wyspa podoba Ci się najbardziej?
pytanie
pytanie
Pytanie - zadane przez Michałka - wbrew pozorom, już wtedy było na miejscu.
W tym roku, podobnie jak w zeszłym, trzon załogi stanowiła moja rodzina. Chyba wszyscy zastanawialiśmy się, czy Grecja czymś nas zaskoczy. Planowaliśmy odwiedzić całkiem inne wyspy niż te z Majówki 2009, ale połowa z nich to znów Cyklady.
Czy będą inne?
Czy będą ładniejsze od tych z zeszłego roku?
Czy Cyklady i Dodekanez są inne?
Może wszystkie wyspy Greckie są takie same...
Takie pytania kłębiły nam się w głowie zanim jeszcze dotarliśmy na miejsce.
Zanim odpowiem na pytane mego syna, kilka słów o każdej z wysp.
Ateny
Ateny
Wiem to nie wyspa :)
Było to jednak miejsce startu naszego rejsu i chyba warto poświęcić mu kilka zdań.
Ateny niczym nas nie zaskoczyły. Były dokładnie takie same jak rok wcześniej - no i to było pewnym zaskoczeniem. Nie widzieliśmy oznak kryzysu ekonomicznego, zamieszek, strajków, ani innych oznak jakichkolwiek zmian.
Z jednej strony to dobrze, że Grecja nie została pogrążona w politycznym chaosie. Z drugiej, chyba nie wróży to za dobrze na przyszłość.
Jeśli w dalszym ciągu, ktoś jest w stanie “za darmo” zawieźć nas z mariny do zaprzyjaźnionego “supermarketu”, to rodzi to pytania o podstawy tamtejszej gospodarki i wydajności pracy.
A same Ateny, jak to Ateny. Akropol i niewiele poza tym.
Tym razem nie zatrzymaliśmy się tam zbyt długo nim ruszyliśmy na wyspy.
Milos
Milos - piękna jak Venus
Wyspa znana jest głównie ze znalezionego tutaj antycznego posągu Venus z Milos. Jak inne antyczne piękności i o nią rozpętała się kiedyś wojna - no przynajmniej bitwa.
Posąg znaleziony w XIX wieku przez lokalnego rolnika sprzedano konsulowi francuskiemu. Lokalny gubernator postanowił jednak odesłać go sułtanowi. W porcie rozegrała się mini-bitwa morska pomiędzy statkiem francuskim i tureckim.
Jak wiemy rzeźba trafiła ostatecznie do Luwru, jednak podobno dopiero wtedy straciła obie ręce i uzyskała tak znany nam dziś kształt.
Port Adhamas i pobliska Chora - czyli stare miasto - są dość typowe dla Cyklad. Urocze białe domki i wąskie uliczki biegnące zaskakująco stromo pod górę.
Pozostałości kastro - czyli twierdzy z czasów weneckich - raczej niewielkie. Natomiast panorama całej wyspy roztaczająca się z miejsca, gdzie kiedyś stało, warta jest wspinaczki.
Piękno Milos to jednak głównie przyroda. Jak wiele innych wysp greckich Milos to stary wulkan.
Centralna zatoka, to zalany wodami morza krater. Wulkaniczny charakter wyspy widoczny był głównie na północnym wybrzeżu. Dość krótki, 12 milowy odcinek z Adhamas do Pollonia, zabrał nam większą część dnia. Tyle miejsc, wartych by do nich podpłynąć jachtem. Każda zatoka posiada skały w innym kolorze. W każdej widoczne są skutki innej działalności wulkanicznej.
Białe klify z pumeksu; żółte pozostałości siarki; czarna magma zastygła w różnych temperaturach i tworząca formacje skalne o różnych kształtach. Wszystko to, tworzy niezapomniane widoki, które można porównać z kunsztem rzeźbiarzy helenistycznych.
Ios
Ios - gorączka upalnej nocy
Po podziwianiu dzikiej przyrody na Milos, i obserwacjach astronomicznych w trakcie wachty kotwicznej na Polyaigos, następnego dnia udaliśmy się na wyspę gdzie żył i podobno został pochowany Homer.
Dziś wyspa słynie raczej z nocnych zabaw niż z poezji. Czas spędzaliśmy jak typowe szczury lądowe na wakacjach. Najpierw cały dzień na pobliskiej plaży, a wieczorem wypad “do miasta”.
Niestety dzieci nie pozwoliły nam w pełni ocenić słynnego życia nocnego wyspy. Hiszpański kelner z restauracji, którą odwiedziliśmy tego dnia, z żalem stwierdził, że turyści nie wydają już tyle co dawniej, ale potwierdził, że zabawa wciąż trwa - młodzi ludzie z całej Europy w dalszym ciągu wybierają tą wyspę jako miejsce letnich wakacji.
Przy okazji ważna uwaga antropologiczna.
W Grecji zawód kelnera nie cieszy się powodzeniem wśród miejscowej ludności. Miejscowy kelner - który Greka nie udaje - zna zwykle dużo mniej języków obcych niż większość jego rodaków.
W Grecji w restauracji przy samym wejściu zostaje nam zadane pytanie skąd pochodzimy. Nie należy się tego obawiać - wpuszczają wszystkich. Gdy odpowiemy, zostaniemy pozdrowieni, we własnym języku i często dostaniemy menu w języku, który go przypomina.
Nie zadowólmy się tym jednak. Od razu spytajmy o narodowość kelnera. Jeśli nie zrozumie pytania, natychmiast zmieńmy lokal, by uniknąć dalszych nieporozumień.
Santorini
zagubiona Atlantyda - Santorini
Wg jednej z teorii wybuch wulkanu na Santorini, który zniszczył kulturę minojską na pobliskiej Krecie, przyczynił się do powstania legendy o Atlantydzie.
Niestety nie było nam dane ocenienie prawdziwości tej teorii. Wykopaliska z pozostałościami zasypanego przez popiół minojskiego miasta, nie były w tym roku dostępne dla turystów. No cóż, będzie powód by tam jeszcze kiedyś powrócić.
Nawet bez tego na Santorini “program wycieczki” okazał się dość napięty.
Najpierw ekscytująca jazda kolejką górską do starożytnego akropolu... ach nie, to było auto, które wypożyczyliśmy. Roztacza się stamtąd naprawdę wspaniały widok na całą wyspę, a dojazd jest atrakcją samą w sobie.
Potem stolica wyspy, Fira. Wielkie statki pasażerskie między, którymi dzień wcześniej przepływaliśmy jachtem, teraz wydawały się malutkie niczym zabawki. Osiołki jak przed wiekami wnosiły cały “ładunek” z portu, do położonego kilkaset metrów wyżej miasta.
Po południu odwiedziliśmy malowniczą Oia z jej sławny zachodem słońca.
Santorini to prawdziwa perła Cyklad. Wszystko naprawdę wygląda tak, jak na folderze reklamowym biura turystycznego. Tysiące turystów w jakiś dziwny sposób nie psują jej charakteru. Wręcz przeciwnie, ich obecność tylko potwierdza fakt, że tę wyspę Cyklad po prostu trzeba odwiedzić.
Astypalea
Astypalea - gdzie życie płynie z wolna
Ostatnia z wysp Cykladzkich. Pewnie - jak załoga w trakcie rejsu - zaraz mnie ktoś poprawi, że Astypalea to już Dodekanez... niby to prawda. Jednak dla mnie ta wyspa pozostaje częścią Cyklad. Te same białe domki i cerkwie. Wiatraki i oczywiście zamek, górujący nad Chora. W dole, nieco oddalony, port.
Architektoniczne to jeszcze Cyklady, mentalnie już chyba jednak nie. Gdzieś zniknęły tłumy turystów. Razem z nimi, zniknął pośpiech miejscowych mieszkańców.
Nasze przybycie nie wzbudza w nikim najmniejszego zainteresowania. Ani śladu policji portowej. Nie do końca wiemy też jak zatankować wodę. Kraniki są przy każdym jachcie, ale wszystkie jakby wyschłe (później dowiemy się, że większość nie działa bo zeszłej zimy sztorm naruszył falochron i ukryte w nim rury).
Żeglarze, którzy przypłynęli tu wcześniej wskazują nam telefon wypisany na tablicy na początku kei.
Harbormaster mówi, że przyjdzie za pół godziny, jak przypłynie prom.
Promu nie widzieliśmy, ale harbormaster się zjawia. Okazuje się, że ma pod opieką dwa porty i prom przypłynął, ale nie do naszego portu.
Dowiadujemy się też, że jesteśmy pierwszą polską załogą na wyspie w tym roku. Pyta nas z jakich miast pochodzimy i zaskakuje dobrą znajomością polskiej geografii.
I ta zagadka szybko się rozwiązuje. Choć sam jest rodowitym mieszkańcem wyspy, jego żona pochodzi z Legnicy i w Polsce jest częstym gościem.
Woda powoli płynie do naszych zbiorników ilustrując jego słowa o spokojnym i powolnym życiu na wyspie. Jego dzieci, jak wielu młodych Greków wyjechało z wyspy. Jak wielu Polaków w ich wieku trafiło do UK.
On jest zadowolony z życia na wyspie. Pracy przy obsłudze dwu portów nie brakuje, jednak widać, że życie nie wiąże się tutaj z nadmiernym stresem.
Nisyros
Nisyros - jak wulkan gorąca
Kolejna wyspa, kolejny wulkan, ale wszystko całkowicie odmienne.
Na Santorinni byliśmy 3 jachtem w rzędzie stojącym longside. Na Astypalea nie było problemu ze znalezieniem miejsca w porcie mimo, że wpływaliśmy w nocy. Tutaj port w malutkim Paloi, wydaje się wręcz pusty.
W kraterze, wciąż jeszcze czynnego wulkanu, jesteśmy rano. Zdążyliśmy przed wycieczkami turystów docierających tu z innych wysp promem. Krater - zapierający dech w piersiach nie tylko ze względu na gorące opary siarki - mamy przez godzinę wyłącznie dla siebie.
Miasteczko Emporeios zachwyca nie tylko dlatego, że ładnie odnowiono tam rynek, ale także dlatego, że architektura, choć wciąż wyraźnie grecka, jest jednak inna niż ta na wcześniejszych wyspach.
Odwiedzamy też ruiny starożytnego zamku, którego wielkie kamienne mury przywodzą bardziej na myśl budowle megalityczne, niż antyczne.
Szczęśliwie dotarliśmy tam po południu, gdy obiekt był już “zamknięty”. Nie chodzi tu o to, że nie było komu sprzedać nam biletu, ale o to, że nikt nie wytłumaczył nam tablicy, która podobno mówiła, że nie powinno się wchodzić na mury. Roztacza się z nich świetny widok.
O specjalnym charakterze wyspy świadczy fakt, że w wypożyczali samochodów powiedziano nam nie tylko gdzie leży mały górski kościółek, ale również, gdzie leży klucz do jego drzwi.
Nasz Michał bawił się z nowym kolegą z sąsiedniego jachtu na kei. Nic specjalnego, ale przecież to był jednocześnie przystanek autobusowy - a więc centrum miejscowości.
W tym samym miejscu, jedyne rondo w Paloi, objeżdżałem raz w sposób brytyjski, innym zaś razem europejski i na nikim nie robi to najmniejszego wrażenia.
Nawet nasz sąsiad z portu, Anglik mieszkający od lat na łodzi motorowej z żoną i dwójka dzieci, wydawał się tutaj jak najbardziej na miejscu.
Dziwni byliśmy tylko my - turyści, którym śpieszyło się by popłynąć na kolejną wyspę...
Symi
Symi - wyspa naprawdę gorąca
Jeśli wcześniej było gorąco, tutaj słońce wręcz paliło. Symi ma podobno najmniejsze zasobami słodkiej wody wśród pobliskich wysp.
To wcale nie dziwi. Bardziej, że jest tam jakakolwiek woda.
W Simi wydawało się, że nagle z Grecji trafiliśmy do Włoch. Turystów z tego kraju jest tutaj naprawdę dużo, ale to nie tylko język słyszany na ulicy sprawił takie wrażenie.
Wyspa, jak większość Dodekanezu, stanowiła część Włoch do końca II Wojny Światowej. Mentalność mieszkańców chyba nie zbyt wiele zmieniła się od tamtych czasów.
Policja portowa zlokalizowana jest jak najdalej to tylko możliwe od portu. Sam spacer nadbrzeżem do ich siedziby jest bardzo przyjemny i mogę go polecić, aczkolwiek jest on całkowicie zbyteczny.
Tutaj nie pobiera się symbolicznej opłaty portowej w wysokości 2 euro. Po nieco większą sumę sam zjawi się “pracownik portowy”. Nie do końca wiadomo za co mu zapłaciliśmy - chyba za to, że wcześniej pokazał nam, że mamy się wbić pomiędzy większy jacht i statek wycieczkowy. Wody i prądu nam nie uruchomił. Tym zajmował się kto inny, ale niestety nie udało nam się go odnaleźć, bo na wyspie spędziliśmy tylko jeden dzień - odżyły wspomnienia z rejsu na Sycylii...
Nie należy się jednak zrażać tym lokalnym kolorytem. Miasto Simi to jedno z najpiękniejszych miast Greckich. Jest ono też wspaniałym przykładem architektury klasycystycznej.
Port, to nie tak jak na innych wyspach, oddalone przedmieścia, ale centrum miasta. Z jachtu wychodzi się wprost na nadmorski bulwar i dosłownie 2 kroki dzielą nas od najbliższej kafejki, czy restauracji.
Samo zwiedzanie możemy też ograniczyć do spaceru od kafejki do kafejki i podziwianiu kolorowych kamienic. Bardziej ambitni mogą wspiąć się do wyższych części miasta i podziwiać widok na port. Z tej odległości - i gdy sami mamy już to za sobą - rozgrywający się poniżej wyścig do kei dziesiątków jachtów i tureckich gulet, traci całą dramaturgię i zaczyna przypominać balet.
Rodos
Rodos - Grecja, Włochy, czy Turcja?
Kulminacją naszego rejsu było Rodos. Miasto znane w czasach antycznych z jednego z cudów świata - kolosa rodyjskiego stojącego niegdyś u wejściu do portu - swój dzisiejszy wygląd zawdzięcza zakonowi rycerskiemu Jaonitów. Szpitalnicy, znani później jako Kawalerowie Maltańscy, mieli tutaj swoją główną siedzibę przez ponad dwa wieki. Miasto i zamek odrestaurowane w czasach włoskich, przypomina świetnie zachowane średniowieczne miasteczka z Toskanii, czy Niemiec. O tym, że jesteśmy na południu, przypomina nam nie tylko temperatura, ale głównie gęsto rozsiane po starym mieście meczety.
Ta łacińsko-bliskowschodnia mieszanka, nie przypomina w niczym Grecji jaką widzieliśmy do tej pory. Jest jednak wyjątkowo urokliwa.
Rodos to także zmiana charakteru pod innym względem. Z wysepek, gdzie osiołek i skuter stanowiły podstawowy środek lokomocji, trafiamy do miasta, gdzie ruch uliczny wymaga sygnalizacji świetlnej.
Ewenementem jest także “przemysł” gastronomiczny. Rodos to chyba jedyne miasto na świecie, gdzie na jednego kucharza przypada 10 kelnerów i naganiaczy.
Nic nie jest jednak w stanie zepsuć magicznego charakteru miasta. Mury, które niegdyś przez pół roku opierały się tureckiemu oblężeniu, w pewien sposób chronią i dziś charakter tego miejsca.
Dotarliśmy na prawdziwy kraniec Europy. Jak przed wiekami, mieszają się tutaj wszystkie kultury Morza Śródziemnego. Od Azji dzieli nas niespełna 10 mil, ale tam udamy się już przy okazji innego rejsu...
pomiędzy wyspami
a co pomiędzy wyspami?
Cóż tu wiele opowiadać: morze, słońce i wiatr...
W pewnym sensie sprawdziło się powiedzenie, że na Morzu Śródziemnym nie ma wiatru, albo wieje go za wiele. Gdy dotarliśmy do Grecji wiatry zmieniały się właśnie z przeważających południowych, na charakterystyczny wiejący latem z północy Meltemi. Odcinek na Milos pokonaliśmy na silniku. Potem przywiało do 6B, a w porywach nawet do 7B. Wśród części załogi - dla której był to pierwszy rejs w życiu - wiatr, a zwłaszcza fale wzbudziły duży respekt. Z wiaderka korzystała jednak wyłącznie nasza mała Martusia.
Nie mogę oprzeć się jednak wrażeniu, że pogoda była wręcz idealna.
Poza pierwszym dniem w Atenach, nie widzieliśmy nie tylko deszczu, ale nawet chmur.
Poza pierwszym odcinkiem na Milos, wiatr był na tyle silny, że umożliwiał płynięcie na żaglach, z zadowalającą prędkością, w zamierzonym kierunku.
Na całym rejsie nie użyłem nie tylko sztormiaka, ale nawet polara i długich spodni.
Porównując ten rejs z innymi na Śródziemnym (głównie w innych okresach) muszę przyznać, że Grecja latem, jest naprawdę wymarzonym miejscem na rejs. Nie tylko - jak nasz - na rejs rodzinny, ale także na bardziej ambitny, gdzie aspekt żeglarski przeważa nad plażowo-turystycznym.
Myślę, że trzeba namówić Marcina by przeniósł Majówkę na lipiec ;)
epilog
epilog
Tym miłym akcentem miałem zakończyć relację, ale oczywiście pozostała jeszcze odpowiedź na pytanie Michałka:
Która wyspa podoba Ci się najbardziej?
Wszystkie... ;)
Każda była inna.
Każda była piękna.
Każda pozostawiła jeszcze nieodkryte miejsca.
Może wynika to z mojej “duszy” nomada, ale naprawdę nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.
Na każdą z wysp - odwiedzonych w tym, jak i w zeszłym roku - jeszcze kiedyś bym z chęcią wrócił, a przecież pozostało tam jeszcze tyle wysp, na których nigdy nas nie było...
statystyki
statystyki
czas: 26.06.2010 - 9.07.2010 (12 dni żeglugi)
trasa: Ateny, Milos, Ios, Santorini, Astypalea, Nissyros, Symi, Rodos
mapa: GoogleMaps
jacht: Dita - Bavaria 42
załoga: 5 dorosłych + 2 dzieci
zdjęcia: 698 opublikowanych na http://picasaweb.google.com/arek.stryjski
galeria JoinUs 1
galeria JoinUs 2













