| 07 July 2010
Na dobre trwają wakacje. Jest już koniec sierpnia 2009 roku. Trochę zamieszania, godziny przygotowań, kilka spotkań załogi „przed”... i wreszcie upragniony dzień wyjazdu nadszedł. Kierunek – Biograd na Moru w Chorwacji. Stamtąd wyruszamy w prawdziwie turystyczny rejs po środkowej części Adriatyku.
Załogę ostatecznie uformowało sześć osób: jedna mała Marysia i pięciu ogrów niemytych, tj. George, Jacek, Olek, Marcin i ja w roli skippera. To mój drugi samodzielny rejs, więc tak naprawdę mam wiele wątpliwości jak to będzie. Już na etapie organizacji kilka wpadek, w ostatnim tygodniu wycofał się jeszcze „Fruwak”. Jedziemy jednak w dwa samochody, „prowadzi nas Krzysiu Hołowczyc”, mkniemy przez Czechy i Austrię w kierunku Słowenii. Jest jednak pewien szkopuł w wyborze tej drogi odkąd Słowenia wprowadziła opłaty autostradowe w postaci winiet bez wariantu krótkookresowego. Wrodzona narodowa cecha każe nam ominąć ten obowiązek. Wybieramy więc trasę krajoznawczą, zjeżdżając z autostrady A2 przed Grazem na drogę 66 wiodącą przez Feldbach do granicy ze Słowenią w Bad Ratkersburg. „Krzyś” prowadzi nas chyba jeszcze bardziej lokalnymi drogami. Świta. W słabym świetle wschodzącego słońca wyłania się przed nami malownicza pagórkowata kraina pełna pól kukurydzy i krzewów winogronowych. Stanowczo region polecany w okresie jesieni, kiedy można posmakować wczesnego wina. Tak zwanymi opłotkami przedzieramy się przez Radenci, St. Nova i Ljutomer w kierunku granicy z Chorwacją i tamtejszej autostrady, po drodze ucinamy sobie drzemkę na parkingu, pijemy smaczną poranną kawę (w Słowenii jest to rodzaj napoju narodowego, jako że każda szanująca się miejscowość ma przynajmniej jedną kawiarnię). Granica tuż przed nami, droga jest wąska, celnicy słoweńscy tradycyjnie machają ręką, żeby jechać dalej – przejeżdżamy wzdłuż strefy międzygranicznej. Jesteśmy jedynym samochodem przed szlabanem celników chorwackich. W lusterku wstecznym widać zbliżający się traktor z furą siana, który zaczyna nas wymijać i pozdrawia celników przejeżdżając z wesołym turkotem na drugą stronę. Tymczasem urzędnik chorwacki prosi nas o paszporty, ubezpieczenie samochodu i podanie celu wycieczki. Każe nam otworzyć bagażnik, w którym na dnie chomikujemy nieodzowną „wałówkę”, jakieś suche ingrediencje pożywnych dań, które zamierzamy spożyć na wodach Chorwacji. Jedzie też 20 litrów wody mineralnej. Słyszymy komentarz, że „Hrvatska to ne pustynia” – płonę ze wstydu... puszeczka po herbacie Lipton, w środku 20 EUR wspólnej kasy na dobry początek (nie uruchomiliśmy jeszcze w pełni kasy jachtowej). „A to co!?” – pada pytanie. Przemytnicy. Szwindel. Narkotyki! Być może warto jednak dać 35 EUR za plakietkę autostradową...
W Marinie Kornati w Biogradzie zameldowaliśmy się w okolicach południa. Sobota to tradycyjny dzień wymiany załóg, także jest
gwarno, wielki ruch, keje załadowane skrzynkami, torbami i walizami.
Przedstawiłem stosowne dokumenty, miła pani imieniem Svetlana szybko załatwiła formalności. Wykupiliśmy ubezpieczenie kaucji, które jest niezwykle wygodnym wariantem oferowanym przez firmę Kyriakoulis – nie tracimy kaucji w razie czego, a jedynie kwotę składki ubezpieczeniowej, w naszym przypadku 130 EUR. Po dłuższym oczekiwaniu zjawia się także „zalatany” Marco, zapoznaje nas z naszą Bavarią 36 „Marusa”. Zajmujemy koje... następny dzień to wiele oczekiwań. Jedni oczekują leniwego wypoczynku, inni raczej wielkiej przygody, ja oczekuję, że po dwuletniej przerwie nie dam ciała jako skipper. Jak się okazało później, z prowadzeniem jachtu jest trochę jak z jazdą na nartach – jak już raz człowiek spróbował to trudno zapomnieć!
W niedzielny poranek warunki meteo zachęcają do podróży na południe. Decydujemy się na trasę Hvar-Kornaty-Biograd. Finalnie niedługo po 14.00 mijamy główki mariny Kornati i kierujemy się na Sibenik w celu dalszej eksploracji wodospadów na rzece Krka.
Wieje pólnocno-wschodnia czwórka, wymarzone na początek. Grot i genua pracują należycie. Do Sibenika wpływamy przez kanał Św. Antona. Port miejski oferuje niedrogie miejsce do cumowania i jest niezłym miejscem do „międzylądowania” w drodze do Skradinia, zwłaszcza kiedy ktoś cumuje w godzinach wieczornych. Po nocnym wypoczynku o godzinie 10.00 płyniemy już na silniku w górę ujścia rzeki Krki. Załoga przygotowuje śniadanko, mijają nas wielkie łodzie motorowe i łodzie pasażerskie. Musimy trzymać się prawego brzegu, schodzącego stromo do wód Krki mieszających się w tym miejscu z wodami Adriatyku.
Krótko po 11.00 zacumowaliśmy przy kei mariny Skradin i wyruszyliśmy pieszo drogą gruntową wijącą się wzdłuż ujścia rzeki w kierunku Parku Narodowego i wodospadów. Taka forma przemieszczania się ma niewątpliwą zaletę nad transportem statkiem – nie musimy czekać w kolejce. Skwar leje się z nieba, maszerowanie wymaga odrobiny wysiłku. Ale stać w kolejce w tym samym ukropie przez czas równy mniej więcej naszej marszrucie... ?! Wodospady rzeki Krka są niezwykle malowniczym miejscem, pełnym turystów, ale też oferującym piękno natury w oddalonych od głównego szlaku punktach. Mnie zawsze urzekają ryby kotłujące się w przezroczystej wodzie wolno płynącej w górnym biegu.
Są także na szlaku zabudowania gospodarskie, w których miele się mąkę na sposób starodawny, a opodal mieszka stary wysłużony kłapouch. Folklorystycznego tonu nadają miejscu starowinki sprzedające przetwory owocowe i suszone bakalie. W dolnej części największej kaskady stworzono kąpielisko, gdzie maczają się wszyscy wizytujący. Dzień jest na tyle upalny, że i my postanowiliśmy się zanurzyć. Trzeba mocno się namachać, żeby prąd nie poniósł za daleko, ale jest to niezwykła frajda. Co pewien czas można odpocząć gdzieś pośrodku nurtu znajdując pod nogami wielkie głazy oferujące dobre podparcie.
Popołudnie zbliża się wielkimi susami i musimy ruszać w dalszą drogę. Plan przewiduje wyjście w kierunku wyspy Hvar. Wiatr sprzyja temu przedsięwzięciu – wieje z NW w sile 4-5 st. B. To nasz pierwszy nocny przelot tego lata. Wiatr ma tendencję słabnącą, więc finalnie docieramy do miejscowości Hvar o 6.30. Dobrze się stało, ponieważ niewielki porcik i zatoka u wejścia do niego jest całkowicie „zatkana”. Manewrów z kotwicą nie ćwiczyliśmy razem przed wyjściem, dlatego przeszły mnie ciarki na myśl o ćwiczeniu w zastanych warunkach – showtime ?!? Ale szczęście nam chyba dopisuje, po drugim kółku rozpoznawczym z zewnętrznej boi odchodzi jakaś Bavaria. Cudownie. Miejsce jest idealne, 20 m od brzegu – wodujemy dinghi. Część załogi udaje się na spoczynek. Ja zaparzam kawę w ekspresiku i robię sobie porcję płatków kukurydzianych. 
Rozciągnięty wzdłuż ławy w kokpicie obserwuję poranny gwar na nabrzeżu. To ktoś z psem na spacerek, jakaś dziewczyna rozpoczyna dzień od joggingu, starszy facet w klapkach, białej koszuli i okularach przeciwsłonecznych sunie z pieczywem i nowalijkami w ręce. A ja popijam kawę i wcinam płatki zapamiętując otaczającą mnie aurę. Dzień rozkręca się na dobre. Załoga udaje się na ląd, ja zostaję na chwilę sam na pokładzie. Próbuję połączyć się przez Skype’a z moją Hanią. O dziwo sieć działająca w zatoczce zablokowane ma porty poczty i stron www, ale Skype działa! Czas dołączyć do reszty grupy. Udajemy się do twierdzy górującej nad miastem. Rozciąga się stamtąd wspaniały widok na zatokę, a także znacznie dalej na południowy zachód. Wyglądamy pirackich okrętów i handlowych żaglowców – uczucie cofnięcia się w czasie (i miejscu ;) jest silnie odczuwalne. W mieście robimy jeszcze krótkie zakupy urodzinowe – Maria, jedyna kobieta na pokładzie, obchodzi dziś okrągłą rocznicę ukończenia lat dwudziestu. Urodzinowy wieczór spędzimy w zatoczce na zachodniej stronie wyspy Sv. Klement. Rzucamy kotwicę, teraz mamy dużo miejsca do ćwiczeń. Za trzecim razem chwyta. Zapad już zmrok, brzmi „sto lat, sto lat...”, Marysia wydaje się zaskoczona i wzruszona. A w dzienniku zanotowano: „2110 Ku czci dnia urodzin III oficera wykończono ćwierć litra wódki, wydano 3 piwa i zniszczono zapas ciast i ciasteczek”.
Nad ranem zawiewa już 3B z południowego wschodu. Idealnie do skoku na Kornaty. Odchodzimy z kotwicy i obieramy kurs 305 na Marinę Piskera. Do popołudnia doświadczamy prawdziwego żeglarstwa, niestety wkrótce wiatr słabnie. Zmiana, której nijak nie odczytaliśmy z dostępnych prognoz, a która wpłynie na czas dopłynięcia. A liczyliśmy na imprezę na Kornatach. Muszę doczytać wreszcie rozdział Passage planning w skarbnicy Cunliffa. Port majaczy na horyzoncie, podejście jak wynika z mapy, nie jest jednak zupełnie proste – kilka skał podwodnych, kilka delikatnie wyłaniających się z toni i płycizna od zachodniej strony wąskiego kanału Opat. Decyduję się na „robienie godzin”, czekając na wschód słońca. Jak to mówią „safty first” i takiej zasady się trzymamy. Podchodzimy do małej kei, w marinie pełno.
Znajdujemy miejsce skraja między dwiema wielkimi pływającymi szafami pod włoską banderą. Wkrótce jesteśmy jednak jedyną łódką. Odpoczywamy, robimy drobne zakupy i śniadanie, tankujemy wodę. Wczesnym popołudniem udajemy się na nurkowanie pośród wysp archipelagu, a następnie kierujemy się na silniku (tego dnia wiatr nas nie rozpieszcza) do Mariny Hramina na wyspie Murter. Przepływamy wzdłuż campingu, na którym spędziłem beztroskie wakacje z paczką przyjaciół w 2003 roku, wspomnienia wibrują w rytm silnika. Muszę przyznać, że obijanie się po marinach w środku sezonu, kiedy dookoła dostatek pięknych zatoczek, jest nierozsądne. Po pierwsze zawsze jest się w tłoku. Po drugie zawsze wypływa się bez +/- 50 EUR w kieszeni. Jednak wieczór wynagradza ten „niedostatek” ;) udajemy się na miłą kolację i szwędamy się po miasteczku.
W ten sposób nadszedł piątek, ostatni dzień rejsu. Od południa robimy kilkugodzinną rundę honorową po Murtersko More. Wypoczynek. Zanim jednak zacumujemy na powrót w Marinie Kornati, skąd rozpoczęliśmy nasz rejs, chcemy pożegnać się z morzem nurkując w zatoczce. Kolejne podejście do rzucenia kotwicy. Wydajemy kotwicę, jeszcze, jeszcze... łódka idzie na małym wstecznym, kotwica CQR wlecze się po kamienistym dnie, odczuwalne są na linie naprężenia, zwiastujące, że manewr wkrótce się powiedzie... chwyta – „luz na silniku” – krzyczę z dziobu (tym razem to ja operuję windą kotwiczną). Ale luzu brak, łódka cofa się nadal na biegu, zgrzyt łańcucha, stajemy jak wryci... i wtedy łańcuch daje za wygraną... traaach i kotwica z 10 m łańcucha zostaje na dnie. Cóż, nie wszystko może być perfekcyjne :) Na szczęście ubezpieczyliśmy naszą kaucję, a koszt składki był niższy niż koszt zagubionego osprzętu. Przy wejściu do mariny kotłują się jachty. W przeddzień zdania łódek w takich miejscach jest masakra. Cumujemy w miejscu, skąd rozpoczęliśmy. Paliwo uzupełniliśmy dowożąc je w kanistrach z pobliskiej stacji benzynowej, nie uśmiechało się nam bowiem czekać na fali w kolejce 10 innych jachtów. Wieczorem udaliśmy się na pizzę i piwko.
Stanąłem jeszcze raz na falochronie, na którym tydzień temu pełen obaw jak sobie poradzimy rozmyślałem o tej przygodzie. Tymczasem ona skończyła się pomyślnie i pozostawiła miłe wspomnienia oraz uczucie wspaniałego i pełnego wypoczynku. Czas do domu!
Chcesz zobaczyć pozostałe zdjęcia? Zapraszamy do albumu Picasa!













