| 08 June 2010
Elba
ElbaWypływaliśmy z Portoferraio – największego ośrodka miejskiego Elby, i (z krótkiej obserwacji sądząc) jednej z preferowanych marin dandysów tego świata. Niekończące się restauracje, bary... Na nabrzeżu sporo bardzo kosztownych łodzi, rezydenci tychże, opaleni, piją i śmieją się w barach... Całkiem pełno tu jeszcze ludzi, wieczorem, gdy ruszamy na wspólną kolację, a przecież to już październik, dla miejscowych – czas po sezonie.
Ale zanim zasiedliśmy do stołu w poleconej restauracyjce „Pepe Nero”, włoska Elba przywitała nas... dosyć swojsko. Wyobraźcie sobie taki kadr: jest sobota, późne popołudnie. Po niemal dobie podróży przez Europę nasz mały busik dociera wreszcie do mariny – a właściwie, do naszej, bocznej, schowanej odnogi tejże, którą wcale nie tak łatwo było znaleźć. Wszyscy jesteśmy mocno zmęczeni drogą, wymięci, nierozciągnięci i spragnieni gorącego prysznica. A gdy wreszcie odnajdujemy nasz jacht i pytamy o możliwość kąpieli, przedstawicielka armatora wskazuje na... nieduży baraczek z blachy falistej, szarawy, niepozorny... Całkiem jak na polskiej budowie! Po dwa siermiężne stanowiska dla pań i panów, i po jednym kiblu, w technologii pradziadów naszych (czytaj: dziura w podłodze).
Och, well, ta elbiańska gościnność... Tylko sobie nie myślcie, żeśmy nie skorzystali: wręcz przeciwnie – kolejki były. Też swojskie ;)
Kolejnego ranka – wypływamy. Wbrew początkowym zamierzeniom, postanawiamy jednak opłynąć Wyspę od północy, zawijając do kilku portów po zachodniej stronie, kosztem pominięcia wschodniego brzegu, bardziej miejsko rozwiniętego. Trasę mamy dosyć ambitną milowo ( ... MM), a czasu – ledwie tydzień.
Calvi
CalviNaszym pierwszym portem w tej sytuacji jest Calvi – doskonałe miejsce na przywitanie z Korsyką. Historyczne, pełne uroku miasto, z obszerną, górującą na cyplu cytadelą, noszącą w swych murach legendę Legii Cudzoziemskiej, stacjonującej w czynnych wciąż koszarach do dzisiaj. Drogę z Portoferraio odbywamy, niestety, niemal wyłącznie na silniku: bóg Neptun nie był łaskawy, wiatr cały czas prosto w twarz... Nie mogliśmy rozwinąć żagli.
Tym chętniej schodzimy na ląd, zaznać ciszy nadmorskiego bulwaru... Mnie kapitan przydziela zadanie bojowe: kupić małą francuską banderkę, bo nie mamy jej na pokładzie, a przecież – jesteśmy już na wodach Francji.
Ech, te zadania bojowe... Trzeba będzie wskrzeszać mój francuski... „Une petite bą-der-ka... po-prrro-szęęę”??? Dziewczyna za ladą w sklepie nurkowym odpowiada na to natychmiast: „Znaczy – korsykańską, tak?”. No jasne, jak tu zaprzeczać? Poczucie odrębności nie słabnie na Wyspie wcale, nawet jeśli napoleońskie rozwiązania wszelkich masowych niezgodności i roszczeń zostały w tej części świata szczęśliwie pogrzebane.
Więc banderki nabywam dwie – tę francuską, trójkolorową, i tę korsykańską, rodzimą, z czarną głową Maura przepasaną białą bandaną, na białym tle. Wedle popularyzowanej na Korsyce legendy, to wspomnienie głowy korsarza, odciętej i obwożonej po wyspie przez młodego korsykańskiego oficera, któremu wcześniej Maurowie porwali i sprzedali w niewolę narzeczoną, na aragoński dwór No, to się zemścił, i uciął, i na znak triumfu po całej wyspie obwoził... Ot, korsykański romantyzm.
Za to Calvi naprawdę jest romantyczne – naturalne, urocze, przytulne... Doskonałe na dzień wędrówki, odpoczynku dla oczu i myśli. Część historyczna miasta, rozciągająca się wzdłuż rozległej mariny Xavier Colonna, to znacznie więcej niż tylko nadmorski, bulwarowo-restauracyjny pas. I w tym właśnie cały urok miasteczka: spokojnie wędrująca przez wieki, sięgająca XVI w. architektura wąskich uliczek, ciaśniutkich przesmyków między domami, kamiennych bruków i rudych dachów – miasto wielowieczne, a przy tym – żyjące dzisiejszym życiem.
W samym centrum – obrazek zaskakujący. Bo dość nienaturalnie wesoły. Niewielki kościół Sainte Marie Majeure – XVII wiek, szczery barok, tylko... coś nie tak z tymi kolorami?? Wbrew kanonowi stylu, ta niewysoka fasada cała jest w łososiowych tynkach.
Lubię zajrzeć do takich miejsc, wchodzę; ładna stara, kamienna posadzka, delikatnej bardzo konstrukcji żyrandole z kryształową łzą... Ani bieli tu, ani złota... Wszystko najwyraźniej na bakier. Wzrok chwyta alabastrowy anioł stojący przy ołtarzu - oświetlony tak, że zdaje wzlatywać ku górze, zostawiając na bocznej ścianie prezbiterium duży, ciemny ślad dwojga skrzydeł.
Tuż pod kościołem – całkiem spory placyk, zapełniony restauracyjnymi parasolami. Długa karta dań prosto z morza, pora lanczu, całkiem sporo ludzi... I nikomu to nie przeszkadza, że konsumpcja i gwar przy kościele. Inna kultura.
Ale Calvi to także wspomnienie naszej wspólnej, załogowej biesiady – w rodzinnej, niekomercyjnej restauracyjce „A Macagna”, którą znalazłam w mieszkalnej części miasteczka, niedaleko właśnie od kościoła. Widać było od razu, że to miejsce nie „pod turystów” – gdy przechodziłam, grupka mężczyzn prowadziła jakąś ożywioną dyskusję ze stojącym za barem Patronem. Trudno było ich nie usłyszeć. Początkowo nie śmiałam wejść. Ale potem... pewnie ktoś się do kogoś uśmiechnął, i ktoś komuś podał szklaneczkę... I tak jakoś... z każdą szklaneczką lokalnego calvieńskiego wina mój francuski powstawał z grobu..
I tak jakoś, od słowa do słowa... Ugadałam się z serdecznym Patron, że przyjdziemy całą załogą na kolację. A on na to: „fantastycznie, tylko nie dzisiaj. Bo dziś mamy lokal zamknięty”. A ja na to: „Nici z kolacji, Cher Monsieur, bo my jutro rano wypływamy”.
I co dalej? Skończyło się na tym, że specjalnie dla nas zadzwonił po kucharza, a o umówionej godzinie całą głodną dziewiątką stawiliśmy się „A Macagna”, i zasiedliśmy do wieczerzy.
Ooo.... Rozkosze owoców morza! Pierwsze tace, pełne małż z ziołami, w naturalnych minikokilkach, powaliły nas dosłownie z nóg. Ale to miał być tylko wstęp: potem były kolejne, i jeszcze, i krewetki i ośmiorniczki... Nienazwane morskie pyszności, z korsykańskim winem do wtóru.
Następnego ranka pisząca te słowa, poważna z gruntu na co dzień, aspirująca żeglarka obudziła się szczęśliwie we własnej koi, ale... nie pytajcie mnie, jak tam dotarłam. Dzięki za to niech będą tym, którzy mnie tam.. teleportowali;p
Nie –na kaca nie było czasu. Nie mogłam być BARDZO nie w formie, bo czekał nas kolejny długi morski przelot – do stolicy Korsyki, Ajaccio.
Ajaccio
Ajaccio„Długi przelot” to dzień żeglugi, i noc żeglugi. Wciąż przy niekorzystnym wietrze, na silniku, choć momentami udaje nam się postawić żagle. Czas na morzu, dla niektórych monotonny, nużący, ale mnie – tak bardzo potrzebny.
Trochę pracy, trochę dyscypliny... Zapinanie się w szelki na wachty od zmroku do wstania słońca, bo tak zaordynował Kapitan. Ubieranie się na cebulkę, bo choć to Morze Śródziemne, to już zimno, przecież październik. Podziwianie wspaniałych zmierzchów – jednak tylko na morzu są takie. Ukojenie, jakie daje morze. Nieustanna lekcja wyciszenia.
A do wtóru – parę innych lekcji: nasz Kapitan, Andrzej, człowiek regat, poważnego żeglarstwa, z wielkim stażem i wiedzą o morzu, jakoś... nie chciał całkiem się pogodzić z faktem, że oto prowadzi załogę dziewięciorga żółtodziobów–wakacjowiczów, z których większość nie ma wcale morskiego doświadczenia, bądź też ma niewystarczające... Dostawało nam się, oj, dostawaaało: za niezbyt zgrabne zwroty, nieskoordynowane cumowanie, zbyt mało efektywne niewykorzystanie wiatru... „Czas tracimy przez błędy sternika!”, „Do niczego się nie nadajecie!”, krzyczał na nas nasz zacny Kapitan. A my, robaczki biedne, chlebożercy bez morskiego stażu, umykaliśmy chyłkiem pod pokład przed tą kapitańską srogością.
Ale potem, już za dnia, w porcie, nasz Kapitan częstował na zgodę przepyszną cytrynówką własnego wyrobu (mniaaaam!), i humor mu wracał, i nam z nim, i wszystko było wspaniale :)
A poważniej... Żart – słowo lekkie. Ale dobrze jest mieć przy sobie człowieka takiej wiedzy, takiej kultury i takiego opanowania, jak Andrzej. I tak wspaniałego, ciepłego poczucia humoru. Un grand merci, Kapitanie.
Za to dumne, cesarskie Ajaccio przywitało nas, dla odmiany... awanturą. Bo jakże to tak, w ogóle, cumować się bez pozwoleństwa, przy dowolnie wybranej kei??! Oj, usłyszeliśmy, znowu... Mało parlamentarną francuszczyzną, kilka ciepłych zdań do przybyszów.... Po czym przestawiono nas... na drugą stronę tej samej kei. Le po-rząą-dek musi być!
Po przeparkowaniu jachtu ruszyliśmy gromadnie w miasto, żeby przeżyć... niejakie rozczarowanie. Bo tak zgodnie odebraliśmy Ajaccio – miasto narodzin Napoleona, historyczną stolicę Korsyki.
Pewnie ma znaki swojej historii, ale dziś to po prostu duże miasto: funkcjonalny organizm miejski, z typową dość zabudową... I gdzie niegdzie (wolno im przecież) eksploatacją pamięci Cesarza: bulwar Napoleona, Plac Napoleona... A przy placu – pokaźny alabastrowy pomnik (wiadomo kogo), z obowiązkowymi lwami u stóp i szczerozłotym laurem. Nie żałują Cesarzowi złota ani marmuru. Klasyka.
Ale mimo wszystko jest coś, co mnie zawsze ciągnie do takich miast, w każdej znanej śródziemnomorskiej szerokości. To kultura otwartego życia. Ugruntowany, zbiorowy nawyk spotykania się popołudniami w kawiarenkach, kończenia dnia przy kawie, kieliszku, szklance.. Nie w domu, w czterech ścianach, tylko ze znajomymi, w kafejce: bez pośpiechu, bez napięć, bez sunięcia po ulicy kłusem, byle prędzej, na skróty do domu... Może to jest kwestia klimatu (wyjdź tu w Polsce do kawiarnianego ogródka w listopadzie), ale tak czy siak - bardzo tego mi u nas brakuje.
Nie postaliśmy długo w Ajaccio – czas na morzu biegł bardzo szybko, a przed nami był jeszcze jeden port, schowany w głębokiej cieśninie, i – jak się miało okazać – zupełnie zachwycający.
Bonifacio – samo południe wyspy. Spektakularna marina, do której mieliśmy szczęście wchodzić na żaglach, w środku dnia, w cudnym łagodnym słońcu. Miejsce, jakich niewiele: w naturalnej, okolonej klifem cieśninie św. Bonifacego, z historycznym Górnym Miastem położonym wysoko, na rzeźbionych wiatrem, jasnych skałach. Szczera orgia średniowiecznej architektury, z kamiennymi przyporami, wąziutkimi przesmykami, białym wypalonym w słońcu piaskowcem, ponadstuletnim cmentarzem wojskowym, gdzie grobowce łudząco przypominają minidomki, do zamieszkania przez tych, co odeszli... I jeszcze: z fantastycznymi schodami króla Aragonii, schodzącymi wzdłuż klifu prosto w morze, wykutymi w piaskowym klifie najprawdopodobniej w XV wieku przez mnichów, szukających dostępu do źródła wody pitnej.
Niesłychane są takie miejsca – stoją sobie spokojnie, od wieków, i za nic mają upływ czasu, konflikty, wojny... Żywe potwierdzenie sentencji, że my, dwunożni, jesteśmy tylko przecinkiem w historii świata.
Choć czasami, czasami... I dwunożni potrafią zaznaczyć swą jakże barwną obecność. Wchodząc do Bonifacio, wypatrzyliśmy przy jednej z kej wolne miejsce do parkowania, a na samej lku facetów składało jakąś wielką płachtę. Podpływaliśmy do tego miejsca, a obrazek robił się... jak z reklamy: umięśnione, ogorzałe ciała, potargane, nesforne ryzury, z lekka nieogolone twarze, bardzo piękna opalenizna... Jeden z grupy odbił od reszty, i dał nam znak, że odbierze nasze cumy. O, Neptunie, JAKIE TOTALNE CIACHO!!! Mrrrr....
Ale zaraz... co się tu dzieje?? Idę sobie przez marinę, do kapitanatu, zameldować naszą dzielną łódkę, a tu – jeszcze jedno ciacho, i jeszcze... I kolejna, cała grupka opalonych cudownie ciach... Czyżbym trafiła, ja, niezasłużona, niegodna, do żeglarskiego raju??! ;)
Jak się wkrótce miało okazać, w Bonifacio zastaliśmy regaty - jak później doczytałam w domu, wyścig składowy wokół Korsyki w ramach regat o Puchar Morza Śródziemnego. Ogorzali bogowie refowali na kei żagiel, a my potem mogliśmy jeszcze widzieć początek wyścigu, odpływając już z miasta, ku Elbie
Portoferario
PortoferarioA teraz... Jest już listopad. I można, wspominając, szykować się do kolejnego rejsu. Czego daj mi, Neptunie potężny, szybko i jak najszybciej.













