| 16 August 2010
Życie pod pokładem .... czyli o czym trzeba poinformować kogoś, kto pierwszy raz płynie.... ;)
Jacht to na czas rejsu nasz domek, tylko mobilny i kiwający się. Dlatego życie na nim jest trochę specyficzne ...
Zasady
Zasadniczo na jachcie buja. Mniej lub bardziej ale praktycznie zawsze. I dlatego:
- wszystkie szafki w morzu muszą być zamknięte (na lądzie też, żeby sobie wyrabiać dobre nawyki) - inaczej przy bujnięciu grozi tzw. armagiedon ;) (choć jak się ostatnio okazało zamknięcie też niczego nie gwarantuje...). Zwykle szafka wyposażona jest w specjalny zamek – z przyciskiem, który trzeba wcisnąć, żeby zamek zablokować. Ten dobry (i konieczny) nawyk wyrabiamy sobie od 1 dnia,
- rzeczy, które źle znoszą spotkania z podłogą, tudzież ścianą (aparaty foto, kamery, okulary etc.) muszą być odpowiednio zabezpieczone. Przedmiotów ciężkich - typu książki - nie należy magazynować wysoko - mogą kogoś trafić (najczęściej w głowę) jak wypadną
- pod pokładem (szczególnie w mesie) warto starać się utrzymać porządek. Choć z doświadczenia wynika, że i tak przy dłuższym przelocie (doba w morzu) zrobi się "bałagan". A przy odpowiednich warunkach (czytaj stanie morza) wszystko znajdzie w końcu swoje właściwe miejsce, pytanie tylko czy w 1 kawałku ...
- dostęp do szafek w trudniejszych warunkach - szczególnie do tych ze słoikami i talerzami (jeżeli te nie są plastikowe) - bardzo bardzo ostrożnie - czasem nawet w 2 osoby, bo naprawdę łatwo o "szybkie i niekontrolowane opróżnienie" szafki,
- gotowanie - jest to niewątpliwie zadanie trudne. Po pierwsze z uwagi na intensyfikacje wysiłku, co w połączeniu z zapachami może spowodować pogorszenie samopoczucia. Po drugie kuchenki na jachtach czarterowych zwykle do gotowanie na sporej fali przystosowane nie są i trudno jest "zmusić" garnek do pozostania na palnikiem. Ogólnie, jeżeli przelot ma perspektywę się skończyć (np. następnego dnia) to załoga zwykle zadowala się posiłkiem prostym (o ile kapitan nie nalega :) ) - czyli np. kiełbasa, musztarda chleb, bądź na ciepło fasolka, bigos, gołąbki (wszystko z puszek, słoików). Oczywiście pod warunkiem, że apetyty dopisują :). Natomiast na herbatę to zawsze jest popyt (oraz na pochodne wrzątku typu zupka chińska, gorący kubek, kisiel, budyń, kawa). Zagotowanie wrzątku zazwyczaj jest prostsze (choć np. jak się okazało na Sun Odyssey'u 34 przy 6B już niekoniecznie) ale też trzeba uważać - głównie aby się nie oblać
- porcje herbaty/kawy - absolutne maksimum to 3/4 kubka choć zazwyczaj 1/2 to rozsądna ilość. Nadmiar się po prostu wyleje albo podczas transportu mesa-pokład albo konsumpcji. Dobrym rozwiązaniem są kubki termiczne z zamknięciem - wtedy można nalać nieco więcej. (każdy powinien taki kubek zabrać (jeżeli ma) bo na jachtach niestety nie występują).
- kuchenka - ma dwie cechy wyróżniające - jest na kardanie (czyli się kiwa) co ułatwia gotowanie oraz ma zabezpieczenie przed ulatnianiem się gazu z niezapalonego palnika. Procedura odpalenia kuchenki wygląda następująco: należy wcisnąć i przekręcić kurek, odpalić gaz i poczekać (5 s.), aż nagrzeje się palnik (dokładnie bi-metal). Jak się puści kurek wcześniej to kuchenka zgaśnie. Uwaga - odpalanie kuchenki tego typu (szczególnie zapalniczką) zwykle kończy się depilacją przymusową włosów na palcach - na szczęście nie boli. Uwaga druga - dobrze jest odkładać zapalniczkę / zapałki w jedno ustalone miejsce. Starzy kapitanowie twierdzą, że większość wypadków na morzu dzieje się z winy nieodłożenia na miejsce zapałek ;).
- otwarty ogień na jachcie (czyli kuchenka) zawsze stanowi pewne zagrożenie - a pożar na jachcie jest bardzo niebezpieczny - dlatego dobrze jest zakręcać gaz po gotowaniu (a przynajmniej na noc) - w okolicy kuchenki (zwykle w szafce ze stosowną naklejką) zawsze znajduje się zawór oraz zapoznać się z lokalizacją gaśnic - tak na wszelki wypadek
- poruszanie się wewnątrz - wymaga ostrożności i wprawy. Szczególnie jak występuje przechył lub fala od rufy (wtedy to już może być trudno :)) Zawsze należy się czegoś trzymać i klinować jak się da :). Krytyczne są dwie sprawy: schodzenie zejściówką (czyli z pokładu pod pokład po dość stromych schodach) często bywa mokro - czytaj ślisko i można się nieźle potłuc. Druga sprawa to wizyty w kingstonie (kiblu). Zwykle następuje tam taki moment, że w celu ściągnięcia spodni używa się dwóch rąk ... i wtedy wystarczy jedno dobre bujnięcie i siniaki gotowe - a jak się ma wyjątkowego pecha to wylot z kibla z majtkami w kostkach - życie zna takie przypadki.... ;). Oczywiście zwykle sprawy nie są aż tak skomplikowane (nie buja aż tak) ale dobrze sobie zdawać sprawę z ryzyka. Szczególnie trzeba uważać przy kursach z falą (tzw. baksztag, fordewind). Wtedy zachowanie jachtu jest naprawdę nieprzewidywalne i co jakiś czas zdarza się fala z trochę innej strony albo większa i bujnie bardziej.
- z kwestią poruszania się (w przypadku sporej fali) oczywiście wiąże się np. wydawanie posiłków czy herbaty - wszystko wymaga wprawy - kanapki dobrze wtedy robić do miski, używać majonezu (który wręcz znakomicie skleja składniki kanapki)... albo składniki podawać na pokład i tam dopiero np. smarować dżemem (i tak zazwyczaj chętniej siedzi się na pokładzie :) ). Herbatę do połowy kubka i wydawać pojedynczo.
Kingston
Kingston = kibel
Bohater wielu opowieści żeglarskich - i czasem traumatycznych przeżyć. Uwaga opis sporządzono uwzględniając zasadę Homo sum; humani nil a me alienum puto. (łac.) :)
Kingston ma swoją specyfikę - to co go wyróżnia od kibla lądowego to pompka. Pompka jest dwu-położeniowa - w jednym zawartość kibla trafia za burtę (albo do zbiornika na fekalia - to zależy od rozwiązania na jachcie), a w drugim następuje pobieranie wody zaburtowej do spłukiwania. Prawidłowa obsługa kingstona jest ważna z kilku powodów. Po pierwsze dla własnego komfortu, po drugie aby nie dopuścić do nalania wody morskiej do jachtu, a po trzecie aby nie płacić ok. 100 E za jego zapchanie.
Procedura dla potrzeby lekkiej :) wygląda tak:
- robimy co robimy - uwaga do Panów - ja bym się nie krępował usiąść na tym kiblu jak buja, zawsze to lepsze od mycia go później - bo efekt jest zazwyczaj taki jak w scenie w PKP w "Dniu Świra".
- wypompowujemy zawartość kibla - zawór na pozycji stosownej (zwykle oznaczonej rysunkiem i zwykle jest to w prawo) - w takim położeniu powinniśmy pompkę zastać
- spłukujemy - w tym celu przełączamy pompkę na drugi tryb (oznaczony wykrzyknikiem)
- wypompowujemy drugi raz i co ważne zostawiamy zawór na pozycji do wypompowywania (jest to ważne bo zapobiega nabieraniu wody morskiej przez kingston !!!)
- może ktoś zapytać czy nie wystarczy tylko wypompować - w zasadzie tak, ale konstrukcja instalacji jest taka, że nie da się "osuszyć" węża i teraz jest kwestia, czy w wężu zostanie woda czy...... i finalny efekt w postaci stosownego zapachu ....
Procedura dla potrzeby cięższej:
- robimy co robimy ....
- wypompowujemy zawartość
- i teraz różnica - ze spłukiwaniem trzeba uważać - nie wdając się zbytnio w szczegóły istnieje (niewielkie) ryzyko "cofki". Dlatego jeżeli odpompowanie nie powiodło się w pierwszej próbie (do tego konieczna jest obecność wody w muszli) należy: albo bardzo delikatnie (wolno) pobrać wodę zza burty albo jak nie pomaga (a to zależy od konkretnej instalacji) dolać trochę wody do muszli z prysznica
- po całej operacji kibelek dobrze przepłukać, ew. wlać do środka trochę domestosa i użyć odświeżacza
- kwestia papieru toaletowego - nie wolno go wrzucać do kibla, bo ryzyko zapchania pompy jest spore (a jej rozbieranie i czyszczenie nieprzyjemne, już nie wspominając o czasowym wyłączeniu kingstona z użytku – albo to 100E kary). Dlatego papier (oraz inne "elementy" higieny osobistej) wyrzucamy do kosza w kiblu. Na początku może wydawać się to dziwne ale proszę wierzyć zasadniczo nie generuje to zapachu (a na pewno nie większy niż sam kibel).
Uwaga końcowa: kibel zwykle zamontowany jest na którejś z burt. Konsekwencją jest występowanie dwóch przechyłów - bardziej kibelkowego (strona z kiblem bliżej wody) i mniej. W drugim przypadku w skrajnej sytuacji pobranie wody zza burty może okazać się niemożliwe (tzw. "ciągnij chociaż mokre plecy"). Spłukać wtedy należy wodą słodką albo gdy ją oszczędzamy poprosić o wiaderko słonej zza burty.
Uff to najtrudniejsze z głowy ;)
Prysznic
Kingston zazwyczaj ma opcję prysznica - w zasadzie na każdym nowszym jachcie. Przydaje się to szczególnie w Grecji, Tunezji czasem Włoszech, gdzie są problemy z infrastrukturą sanitarną w portach (tj. po prostu jej nie ma ;)). Ciepła woda zazwyczaj jest z dwóch źródeł: bojler na 230 V (czyli jak jacht jest podpięty w porcie do prądu) oraz z silnika (ogrzewana poprzez instalację chłodzącą silnik). Co do korzystania z prysznica w portach ... to tak fakt, że się ktoś kąpie jest jak najbardziej widoczny – piana - (no może jak ktoś lubi szare mydło to nie ... ) dlatego lepiej to robić dyskretnie (czytaj po zmroku), chyba że wszyscy tak robią (Grecja). Ogólnie trzeba w tym zakresie przestrzegać zwyczajów panujących w porcie.
Z prysznicem związana jest pompa wody spod prysznica (czyli tej spod nóg :) ) zwykle trzeba ją włączyć przed wejściem pod prysznic (lub kogoś o to poprosić już w trakcie). Dalej możliwości są dwie - albo pompa załączana jest "centralnie" albo w kingstonie zamontowany jest dodatkowy włącznik/przycisk (to zależy od jachtu).
Kąpanie się na jachcie ma jeszcze dodatkową zaletę – zazwyczaj eliminuje potrzebę mycia kingstona – no bo myty jest niejako przy okazji.
Jedynym problemem z prysznicem jest dostęp do słodkiej wody. Zbiorniki na jachcie są za małe (zwykle) aby zapewnić swobodną kąpiel dla całej załogi. Dlatego zasadniczo kąpać się powinno tylko w przypadku możliwości zatankowania (uzupełnienia) wody i możliwie szybko (nie ma siedzenia i grzania się :) ) Trzeba uwierzyć, że da się przeżyć 48h bez prysznica bez większego uszczerbku na zdrowiu (taka mała złośliwość :)) i liczyć się z taką sytuacją (ostatnio w Grecji się potwierdziło, że się da :))
Na jachcie zwykle występuje tzw. prysznic rufowy (albo kąpielowy) - do opłukania się po kąpieli w morzu z soli. Woda zimna. Używanie obarczone w zasadzie tym samym ograniczeniem co prysznica zwykłego.
Polityka wodna na jachcie:
wodę słodką trzeba oszczędzać - głównie przy myciu naczyń
zdarza się dodatkowa pompa wody słonej (zaburtowej), w przypadku małej ilości wody słodkiej można rozważyć opcję umycia naczyń w słonej wodzie, a następnie spłukaniu ich w słodkiej (tylko nigdy w porcie !!! ale tam zwykle woda słodka jest dostępna)
należy wykorzystać każdą okazję do napełnienia wody słodkiej (uwaga: czasem w portach przy pomostach dostępna jest woda odsalana (do mycia jachtów) - nie nadaje się ona do picia i trzeba uważać aby jej nie zatankować .... )
kible i zlewy jako potencjalne źródła przecieku trzeba kontrolować (szczególnie przy dużych przechyłach), a jak cieknie to zamknąć stosowne zawory. Oczywiście wtedy przed skorzystaniem z kibelka zawory (dwa) trzeba otworzyć – zazwyczaj są w szafce pod umywalką.
jeżeli na jachcie występują dwa (lub więcej) zbiorniki na wodę to zazwyczaj gdzieś jest zawór do ich przełączania – warto się zorientować gdzie.
Elektryka
Elektryka na jachcie
Na jachcie zwykle występują dwie instalacje: 230 V (dostępna w porcie, po podłączeniu zasilania z lądu) oraz 12 V (z akumulatorów).
Oczywiście bardziej dostępna jest instalacja 12V dlatego jeżeli ktoś posiada ładowarki do telefonów, aparatów, kamer na 12V (tzw. samochodowe) to dobrze jest je zabrać. W zależności od jachtu występują różne konfiguracje akumulatorów. Oczywiście im więcej większych (w sensie pojemności - Ah) tym lepiej, szczególnie przy dłuższych przelotach oraz w krajach gdzie o prąd na kei trudno (Grecja).
Zwykle na jachcie są dwa układy 12V: jeden akumulator rozruchowy do silnika – w stanie podstawowym nie połączony z resztą instalacji, choć istnieje taka możliwość oraz jeden (lub więcej) akumulator do pozostałych urządzeń. Zaliczyć do nich można dość istotne: światła nawigacyjne, UKF (radiotelefon) oraz GPS + ploter map. Dodatkowo zwykle jest radio, lodówka, możliwość ładowania telefonów i aparatów właśnie. Niekiedy występuje jeszcze 3 akumulator do windy kotwicznej (urządzenia do opuszczania i podnoszenia kotwicy).
Wszystkie akumulatory ładowane są: podczas pracy silnika (dokładnie tak jak w samochodzie) oraz jak się podepnie prąd 230V. I tu uwaga – zwykle nie powinno się to odbywać jednocześnie – tj. nie należy włączać silnika w przypadku bycia podpiętym do prądu 230V. Grozi to uszkodzeniem instalacji.
Na koniec jeszcze dwie uwagi:
- lodówkę (a w zasadzie chłodziarkę) należy załączać tylko przy włączonym silniku (lub w porcie jak podpięte jest 230V), w innym wypadku dość szybko można rozładować akumulatory
- analogiczna uwaga do windy kotwicznej, szczególnie przy wybieraniu kotwicy, kiedy zapotrzebowanie na prąd jest bardzo duże
Wachty
Wachty
Życiu na morzu rytm nadają wachty ... Oczywiście to czy i jak się je wprowadza zależy głównie od charakteru rejsu ...
Zatem co to są wachty. Słowo to ma dwa znaczenia: raz oznacza grupę ludzi, której przewodzi (którą dowodzi) oficer, dwa konieczność wykonywania pewnych obowiązków na jachcie w konkretniej porze doby.
Załogę zwykle dzieli się na wachty. Zazwyczaj na 3 (chyba, że brakuje ludzi). Wachta powinna składać się z co najmniej dwóch osób. Są sytuacje gdy tak się zrobić nie da i wtedy z konieczności wachty muszą być jednoosobowe. Ale jest to sytuacja bardzo niekorzystna bo w trudniejszych warunkach, kiedy nie da się „puścić” steru jedna osoba może mieć problem w przypadku awarii, dodatkowo utrudnione jest prowadzenie obserwacji (zza steru mało widać), łatwiej zasnąć, nie można sobie zrobić herbaty itd. Zasadniczo w rejsach turystyczny raczej wacht jednoosobowych się nie praktykuje – to już lepiej zrobić tylko dwie ...
„Szefem” wachty jest oficer – zwykle posiadający jakiś stopień żeglarski (choć nie jest to konieczne) i doświadczenie w pływaniu po morzu (to już jest „bardziej” konieczne). On zastępuje kapitana w prowadzeniu jachtu podczas swojej „wachty”. To na nim spoczywa odpowiedzialność za bezpieczeństwo jachtu i załogi.
Tradycyjnie oficerów jest 3 i tak
-
I odpowiada za prowadzenie dziennika i nawigacyjną obsługę rejsu
-
II odpowiada za zaopatrzenie i wyżywienie
-
III odpowiada za techniczną stroną – naprawy, przeglądy sprzętu itp.
Oczywiście w rejsach turystycznych ten podział raczej nie funkcjonuje i za wszystko odpowiada kapitan :P.
Kapitan (skipper) jest wyłączony z wacht. Nie oznacza to bynajmniej, że jego zadaniem jest „nic nie robić i korzystać z urlopu :)”. Kapitan jest dostępny 24/7. W przypadku najmniejszej wątpliwości oficera/załogi do czegokolwiek: zmiany kierunku i siły wiatr, potencjalnej kolizji ze statkiem/innym jachtem, zauważeniu nieprawidłowości w działaniu jakiegoś osprzętu, niepewności co do kursu, położenia itp. należy bezwzględnie kapitana zawołać, a jak śpi to obudzić. I nie powinien (ja nigdy nie mam jak pełnię tą funkcję) mieć o to najmniejszych pretensji. Dodatkowo zwykle wszystkie poważniejsze zmiany – kursu, ożaglowania – należy z kapitanem konsultować. Ponadto kapitan jest zobowiązany (prawnie) osobiście dowodzić manewrami w porcie, ciasnych przejściach itp.
Wachty dzielą się zasadniczo na 2 rodzaje: nawigacyjne (prowadzenie jachtu, sterowanie, uzupełnianie dziennika, obserwacja otoczenia – czy w coś nie wypływamy itp.) oraz kambuzowe (przygotowywanie posiłków).
Dodatkowo jak stoi się na kotwicy to często (nominalnie zawsze) potrzebna jest wachta kotwiczna – czyli pilnowanie czy kotwica trzyma i czy nie zmieniają się warunki atmosferyczne (kierunek wiatru, jego siła, itp). W ciepłe noce jest ona bardzo przyjemna, można życiowo porozmawiać, pograć na gitarze, pośpiewać. Dopuszczalna jest też konsumpcja napoi rozgrzewający (w bardzo rozsądnych ilościach).
Systemów wacht jest wiele ... i pewnie można znaleźć wiele artykułów pokazujących wyższość jednego nad drugim. W mojej praktyce morskiej (przy załodze 7-10 osób) sprawdził się system 3 wacht, bez stałej wachty kambuzowej. Posiłki przygotowuje wachta, która zaczyna (czyli śniadanie robią Ci na mają od 0800-1200), a po posiłku sprząta wachta schodząca (czyli np. po śniadaniu zmywają Ci co mieli wachtę od 0400 – 0800). Ideę tego systemu wacht prezentuje tabelka:
| Wachta | |||
| Godzina/Dzień | A | B | C |
|
0000-0400
|
I | II | III |
|
0400-0800 (naczynia po śniadaniu) |
II | III | I |
|
0800 - 1200 (śniadanie) |
III | I | II |
|
1200-1400 (naczynia po obiedzie) |
I | II | III |
|
1400-1600 (obiad) |
II | III | I |
|
1600-2000 (naczynia po kolacji) |
III | I | II |
|
2000-0000 (kolacja) |
I | II | III |
Stała wachta kambuzowa polegała by na tym, że przez jeden dzień dana wachta tylko przygotowuje posiłki i po nich sprząta. Jest to dość monotonne i wymaga w zasadzie 4 wacht ale sprawdza się na większych jednostkach np. s/y Zawisza Czarny :).
Zasadniczo wachta trwa 4h – nie jest to mało ale da się wytrzymać – nawet jak jest zimno i pada. W dzień są dwie krótsze wachty (1200-1400 i 1400 – 1600) tak aby następowało przemieszczenie godzin dla poszczególnych wacht w kolejnych dniach – cykl powtarza się co 3 dni.
W tym miejscu warto jeszcze wspomnieć o fajnym patencie, który zaproponował Kuba Meisner. Może się on komuś przyda. Jak załoga ma małe doświadczenie na morzu, a na jachcie są dwie osoby obeznane z żeglarstwem – tj. kapitan i I oficer (z-ca kapitana) to można wprowadzić tzw. „wachty kapitańskie” - w rozwiązaniu taka wachta trwa 6h i jest niezależna od normalnych wacht załogi. Wtedy osoba aktualnie p.o. kapitana nadzoruje wachtę pokładową, a druga osoba odpoczywa/śpi. System się sprawdza ale wymaga dużego zaufania (głównie w kierunku kapitan -> I oficer), bo w czasie gdy kapitan śpi I oficer praktycznie przejmuje dowodzenie tj. nie konsultuje wszystkich decyzji z kapitanem (chyba, że sytuacja będzie naprawdę wyjątkowa). W ten sposób można spokojnie przepłynąć w 60h całe wybrzeże Sardynii – sprawdzone :).
Jeszcze 2 słowa o tzw. psiej wachcie. Tradycyjnie określa się tak wachtę 0400-0800. Ja osobiście dyskutowałbym czy aby 0000-0400 nie jest gorsza. Bo po pierwsze do 0400 można się jakoś wyspać (5-6h się uzbiera od kolacji) oraz widzi się wschód słońca. A od północy to ciemno, zimno (i daleko do domu) i w zasadzie od kolacji nie da się wyspać ... No ale to jest moja opinia.
Czy podział na wachty trzeba wprowadzać ? – oczywiście, że nie i wszystko zależy od charakteru rejsu i kapitana ale ja osobiście uważam, że zawsze warto to zrobić. Czemu ? Sprawa jest dość prosta:
jeżeli chodzi o sterowanie to zazwyczaj nie ma problemu i znajdzie się ochotnik do „stania”. Ponadto, w trakcie rejsu, życie zazwyczaj toczy się w kokpicie (na pokładzie) – obserwacja zapewniona. Z drobnymi wyjątkami – jak pada deszcz i jest zimno to o ochotników trudno, w nocy podobnie. Już nie wspominając o cięższych warunkach. Wtedy dobrze, jak wiadomo kto ma wachtę i kto powinien stanąć za sterem oraz prowadzić obserwację na pokładzie.
- z posiłkami sprawa ma się podobnie. Zwykle ktoś na ochotnika coś zrobi. Ale jak wszystkich dopadnie lenistwo to właśnie z pomocą przychodzi rozpiska ;)
- z ochotnikami do zmywania zwykle bywa gorzej ...
- dobrowolne wachty kotwiczne – szczególnie tak po 0000 należą do rzadkości
Powyżej opisane sytuacje dotyczą raczej rejsów turystycznych, gdzie pływa się głównie w dzień (zdarzają się 1-2 nocki), czasem stoi się na kotwicy. Wtedy rozpiska jest „wyższą instancją” co działa mniej więcej tak – jak nie ma do czegoś ochotników to się patrzy kto teraz powinien coś zrobić. No i wtedy już wyjścia nie ma :). Oczywiście system powinien być elastyczny. Jak ktoś jest chory (morsko czy „normalnie”) lub z innych przyczyn nie powinien siedzieć na pokładzie tylko w łóżku to, zaznaczam, że jest to moje prywatne zdanie, nie ma go co do tego zmuszać (w końcu żeglarstwo to nie wojsko). Jedną wachtę zawsze może wspomóc kapitan, dodatkowo można coś spróbować przeorganizować, a ostatecznie zmienić plan rejsu ...
Dla rejsów o charakterze bardziej wyprawowym sprawa ma się już inaczej. Tutaj wachty są koniecznością bo przy długim pływaniu (i w trudniejszych warunkach) zapewniają komfort odpoczynku: 4h na pokładzie, 4h pod podkładem w gotowości do pomocy na górze oraz 4h spokojnego, nieprzerwanego snu/odpoczynku. Jak system taki się posypie – zazwyczaj z powodu choroby morskiej sporej części załogi – to bywa ciężko (mówię z doświadczenia) i bardzo bardzo męcząco.
A kiedy zupełnie bez wacht ? – na pewno w rejsach rodzinnych. Wtedy często, oprócz skippera, nikt jakoś szczególnie nie zna się na żeglowaniu i siłą rzeczy wprowadzanie podziału na wachty nie ma sensu. Ale też pływanie ma inny – taki bardziej mazurski – charakter. Krótkie przeloty, stanie w bezpiecznych portach, pływanie tylko w dzień i przy dobrych warunkach.
PS. Ponieważ w artykule jest dużo moich własnych opinii zachęcam Wszystkich do zgłaszania uwag i polemiki :)













